Płyty szczególnie polecane przez Farenheit
Mglista metamorfoza
Justice Aaron a.k.a. Metaform szturmem zdobył sobie sympatie fanów muzyki na całym świecie. Kilka znakomicie przyjętych EP-ek, zwieńczonych album „Standing on the shoulders of giants”, który stanowił kwintesencję wszystkiego, co do tej pory wymyślono w muzyce elektronicznej. Zgrabna zabawa samplami i konwencjami sprawiła, że na najnowsze dzieło Metaform „The Electric Mist” czekałem z olbrzymią niecierpliwością.
Pierwszy kontakt z płytą to niczym bliskie spotkanie z porzuconymi na polu grabiami. Zaskoczenie wielkie jak dziura budżetowa. Z głośników płynie miód, sypią się cukierki, a wszystko to w rytmie samplowanego bitu. Zabawa konwencjami i puszczanie do słuchacza muzycznego oka to już domena Metaform, do której przywykliśmy na jego poprzednich wydawnictwach. Na „Electric Mist” jest zupełnie inaczej.
W momencie, kiedy artyści kurczowo trzymają się twardo stylu wypracowanego na przestrzeni lat, bojąc się eksperymentować, Metaform pokazuje, jak to robić z klasą. Trzeba posiadać naprawdę olbrzymią odwagę, by zrobić tak radykalny i niespodziewany krok.
Pierwsze na co zwracamy uwagę to wokale. Justice stronił dotychczas od używania ludzkich głosów. Jeśli już były, posługiwał się samplami. Tym razem zdecydował, że sam obsłuży mikrofony i wesprze się efektem auto-tune. Niestety zasada „co za dużo, to niezdrowo” kolejny raz znajduje potwierdzenie. Prawie każdy wokal w pewnym momencie staje się uciążliwy i denerwujący jak stado komarów w namiocie. Na szczęście z odsieczą przychodzi melodyczne tsunami, które koi nasze nerwy. Sample pochodzące z nagrań m.in. Niny Simone czy The Art of Noise spotykają na drodze do naszych uszu dudniące bębny, splatając się z nimi niczym kochankowie w miłosnym uścisku. Cała ta słodycz wylewająca się z głośników nie pozwala pozbyć się wrażenia, że to strasznie popowy album. Jest łatwy, przyjemny i chwytliwy. Na szczęście jest to pop odpowiednio wyważony, całkowicie pozbawiony lejdigagowego kiczu i sztuczności.
Jeżeli po „The Electric Mist” spodziewacie się powtórki ze „Standing on the shoulders of giants”, to lepiej wydajcie pieniądze na bilety do kina, bo to nie jest płyta dla Was. „Eletryczna mgła” jest niczym książki „1001 jeden pomysłów na...”. Krążek pełen jest wariacji i zabaw w rytmach abstract hip hopu, chill`ującego drum and bassu, a nawet ambientu. Samplery, gitary, syntezatory wsparte wokalem samego Justice'a zabierają nas w podróż po krainie wiecznego szczęścia.
czwartek, 15 lipca 2010
poniedziałek, 5 lipca 2010
Gonjasufi - A Sufi And a Killer
Płyty szczególnie polecane przez Farenheit
Muzyka śmierci
Nauczyciel jogi zajmujący się profesjonalną dj'ejką? Ba, nawet nagrywający płytę dla kultowej wytwórni Warp, we współpracy z Flying Lotusem. Szalony jogin z pustyni Mohave zaprasza nas do swojego muzycznego świata.
Sumach Ecks pierwsze muzyczne kroki stawiał na undergroundowej scenie San Diego. Pierwsze wydawnictwa pełnymi garściami czerpały ze słonecznego hip hopu, dodatkowo okraszonego nutką psychodelii. W przerwach pomiędzy nagrywaniem, a kolejnymi sesjami jogi, Sumach grywał w klubach całej Kalifornii. Pewnie zginął by gdzieś w odmętach zapomnienia, gdyby nie gościnny występ na krążku „Los Angeles” Flying Lotusa. Pochodzący z Los Angeles producent zaprosił jogina do zaśpiewania w kawałku „Testament”, który przykuł uwagę szefów wytwórni Warp. Gonjasufi, gdyż pod takim pseudonimem ukrywa się Ecks, pod skrzydłami tej kultowej oficyny wydał najbardziej przewrotowy i niesamowity album 2010 roku.
Korzystając z muzycznej spuścizny Flying Lotusa i Gaslamp Killera, a także własnych wizjonerskich pomysłów nagrał muzyczną lekcję historii podlaną sowicie szaloną psychodelią. Krążek „A sufi and a killer” to wspaniała muzyczna wyprawa po najważniejszych gatunkach muzycznych. Pomysł, zdawało by się karkołomny i niemożliwy do wykonania, jednakże elementem, który wszystko doskonale spaja w jedną całość jest hipnotyczny wokal Gonjasufiego.
Rockowy riff („SuzieQ”), bluesowa zagrywka („Ageing”), a nawet soulowe odloty („Change”) brzmią niczym hipnotyzująca mantra oparta na tłustym bicie. Doskonałym uzupełnieniem tej mieszanki stanowią utwory „Kowboys & Indians”, nawiązujący do klimatów world music, psychodeliczny „Dust”, który sprawia, że unosimy się w powietrzu oraz utrzymany w funkowym duchu „Candylane”, napędzany cudownym basem. Brudne melodie oparte na abstrakcyjnie hip hopowym rytmie sprawiają, że czernieją nam uszy, pokrywając się niemożliwą do usunięcia warstwą audiofilskiej przyjemności.
Autentycznie wizjonerskie dzieło. Wspaniała fuzja łącząca hip hop i eksperymentalną elektronikę ze spuścizną muzyki z Delty Mississpi. Przytłumione brzmienie, wokalny flow, wspaniałe nawiązania sprawiają, że nawet Ron Kovic klęknął przed „A sufi and a killer”.
Muzyka śmierci
Nauczyciel jogi zajmujący się profesjonalną dj'ejką? Ba, nawet nagrywający płytę dla kultowej wytwórni Warp, we współpracy z Flying Lotusem. Szalony jogin z pustyni Mohave zaprasza nas do swojego muzycznego świata.
Sumach Ecks pierwsze muzyczne kroki stawiał na undergroundowej scenie San Diego. Pierwsze wydawnictwa pełnymi garściami czerpały ze słonecznego hip hopu, dodatkowo okraszonego nutką psychodelii. W przerwach pomiędzy nagrywaniem, a kolejnymi sesjami jogi, Sumach grywał w klubach całej Kalifornii. Pewnie zginął by gdzieś w odmętach zapomnienia, gdyby nie gościnny występ na krążku „Los Angeles” Flying Lotusa. Pochodzący z Los Angeles producent zaprosił jogina do zaśpiewania w kawałku „Testament”, który przykuł uwagę szefów wytwórni Warp. Gonjasufi, gdyż pod takim pseudonimem ukrywa się Ecks, pod skrzydłami tej kultowej oficyny wydał najbardziej przewrotowy i niesamowity album 2010 roku.
Korzystając z muzycznej spuścizny Flying Lotusa i Gaslamp Killera, a także własnych wizjonerskich pomysłów nagrał muzyczną lekcję historii podlaną sowicie szaloną psychodelią. Krążek „A sufi and a killer” to wspaniała muzyczna wyprawa po najważniejszych gatunkach muzycznych. Pomysł, zdawało by się karkołomny i niemożliwy do wykonania, jednakże elementem, który wszystko doskonale spaja w jedną całość jest hipnotyczny wokal Gonjasufiego.
Rockowy riff („SuzieQ”), bluesowa zagrywka („Ageing”), a nawet soulowe odloty („Change”) brzmią niczym hipnotyzująca mantra oparta na tłustym bicie. Doskonałym uzupełnieniem tej mieszanki stanowią utwory „Kowboys & Indians”, nawiązujący do klimatów world music, psychodeliczny „Dust”, który sprawia, że unosimy się w powietrzu oraz utrzymany w funkowym duchu „Candylane”, napędzany cudownym basem. Brudne melodie oparte na abstrakcyjnie hip hopowym rytmie sprawiają, że czernieją nam uszy, pokrywając się niemożliwą do usunięcia warstwą audiofilskiej przyjemności.
Autentycznie wizjonerskie dzieło. Wspaniała fuzja łącząca hip hop i eksperymentalną elektronikę ze spuścizną muzyki z Delty Mississpi. Przytłumione brzmienie, wokalny flow, wspaniałe nawiązania sprawiają, że nawet Ron Kovic klęknął przed „A sufi and a killer”.
środa, 30 czerwca 2010
Break
Jak wielu zdążyło zauważyć, audycja "Farenheit" nie gości już na falach Radia Index. Niestety z powodu wielu różnych czynników zostałem zmuszony do zawieszenia programu na czas nieokreślony.
Blog ten służyć będzie teraz jako centrum kontaktu z Wami. Będę się starał obdarowywać Was w miarę regularnie moimi recenzjami, tekstami, relacjami, a także wszelakiego rodzaju spostrzeżeniami.
Stay tuned!
Blog ten służyć będzie teraz jako centrum kontaktu z Wami. Będę się starał obdarowywać Was w miarę regularnie moimi recenzjami, tekstami, relacjami, a także wszelakiego rodzaju spostrzeżeniami.
Stay tuned!
niedziela, 20 czerwca 2010
Xenia Beliayeva - Ever Since
Płyty szczególnie polecane przez Farenheit
Umcyk umcyk po rosyjsku
Kiedy świat muzyki został prawie całkowicie zdominowany przez facetów, a kobiety z konsoletą to wciąż widok egzotyczny, płyta „Ever Since” Xenii Beliayevy cieszy podwójnie. To nie tylko całkowicie „kobieca” produkcja, lecz również znakomite połączenie electro i techno.
O Xenii wiemy mniej więcej tyle samo co o lokalizacji Bursztynowej Komnaty. Jest to postać strasznie enigmatyczna, jednakże swoją karierą zdążyła już sporo namieszać. Jako dj-ejka występowała m.in. z Laurentem Garnierem, Kraftwerkiem i Arnaudem Cascherem. Na polu producenckim zasłynęła dzięki niesamowitym kompozycjom, w którym dominuje mroczna, ciężka atmosfera wzbogacana motorycznym rytmem oraz sporą dawką hałasu. Jak sama podkreśla nie boi się eksperymentów na polu muzycznym, gdyż ciągłe poszukiwanie idealnego brzmienia jest formą jej ekspresji. Jej debiutancki krążek, „Ever Since” wydany dla niemieckiej oficyny Shitkatapult, jest idealnym potwierdzeniem tych słów.
Od pierwszych taktów utworu tytułowego jesteśmy atakowani wybuchową mieszanka francuskiego, brudnego electro podkreślonego niemieckim techno-rytmem. Kawalkady syntezatorowych brudów układają się w malownicze pejzaże malowane kojącym głosem samej Xenii. Każda następna kompozycja to niesamowita porcja wykręconej muzyki tanecznej. Doświadczenie zdobyte na scenach klubów całej Europy przynosi wymierne efekty. Xenia posiada niesamowity dar wspaniałego łączenia przeciwległych biegunów muzyki elektronicznej w spójną całość. Niczym wytrawny artysta cyrkowy żongluje konwencjami i stylistyką, nie zapominając o głównym nurcie. Co rusz nasze uszy atakowane są delikatnym wokalem wspomaganym klawiszowym odjazdem charakterystycznym dla lat 80, by za chwilę uderzyć wręcz ambientowym chilloutem. W utworze „Know Me” dostajemy solidną dawkę wykręconego, kiczowatego electroclashu na dudniącym bicie. Utwór ten to nie jedyne nawiązanie do electroclashu na płycie. W kawałku „DNA” pojawia się królowa plastykowego brzmienia, Miss Kittin. Przy akompaniamencie tłustego basu i klawiszowych drabinek hipnotyzuje nas swoim wokalem.
Troszkę mi było wstyd kiedy natknąłem się na „Ever Since” po raz pierwszy, gdyż nigdy wcześniej nie słyszałem o Xenii Beliayevie i jej produkcjach. Jeszcze gorzej czułem się po przesłuchaniu zawartości krążka. Album rosyjskiej producentki to wspaniałe dzieło, bardzo odważne i zarazem znakomicie przemyślane. Pachnące synthpopowymi latami 80., którym wszczepiono rozrusznik pod postacią techno. Mieszanka wybuchowa, idealna na wieczorną, nielegalną imprezę w opuszczonej fabryce.
Umcyk umcyk po rosyjsku
Kiedy świat muzyki został prawie całkowicie zdominowany przez facetów, a kobiety z konsoletą to wciąż widok egzotyczny, płyta „Ever Since” Xenii Beliayevy cieszy podwójnie. To nie tylko całkowicie „kobieca” produkcja, lecz również znakomite połączenie electro i techno.
O Xenii wiemy mniej więcej tyle samo co o lokalizacji Bursztynowej Komnaty. Jest to postać strasznie enigmatyczna, jednakże swoją karierą zdążyła już sporo namieszać. Jako dj-ejka występowała m.in. z Laurentem Garnierem, Kraftwerkiem i Arnaudem Cascherem. Na polu producenckim zasłynęła dzięki niesamowitym kompozycjom, w którym dominuje mroczna, ciężka atmosfera wzbogacana motorycznym rytmem oraz sporą dawką hałasu. Jak sama podkreśla nie boi się eksperymentów na polu muzycznym, gdyż ciągłe poszukiwanie idealnego brzmienia jest formą jej ekspresji. Jej debiutancki krążek, „Ever Since” wydany dla niemieckiej oficyny Shitkatapult, jest idealnym potwierdzeniem tych słów.
Od pierwszych taktów utworu tytułowego jesteśmy atakowani wybuchową mieszanka francuskiego, brudnego electro podkreślonego niemieckim techno-rytmem. Kawalkady syntezatorowych brudów układają się w malownicze pejzaże malowane kojącym głosem samej Xenii. Każda następna kompozycja to niesamowita porcja wykręconej muzyki tanecznej. Doświadczenie zdobyte na scenach klubów całej Europy przynosi wymierne efekty. Xenia posiada niesamowity dar wspaniałego łączenia przeciwległych biegunów muzyki elektronicznej w spójną całość. Niczym wytrawny artysta cyrkowy żongluje konwencjami i stylistyką, nie zapominając o głównym nurcie. Co rusz nasze uszy atakowane są delikatnym wokalem wspomaganym klawiszowym odjazdem charakterystycznym dla lat 80, by za chwilę uderzyć wręcz ambientowym chilloutem. W utworze „Know Me” dostajemy solidną dawkę wykręconego, kiczowatego electroclashu na dudniącym bicie. Utwór ten to nie jedyne nawiązanie do electroclashu na płycie. W kawałku „DNA” pojawia się królowa plastykowego brzmienia, Miss Kittin. Przy akompaniamencie tłustego basu i klawiszowych drabinek hipnotyzuje nas swoim wokalem.
Troszkę mi było wstyd kiedy natknąłem się na „Ever Since” po raz pierwszy, gdyż nigdy wcześniej nie słyszałem o Xenii Beliayevie i jej produkcjach. Jeszcze gorzej czułem się po przesłuchaniu zawartości krążka. Album rosyjskiej producentki to wspaniałe dzieło, bardzo odważne i zarazem znakomicie przemyślane. Pachnące synthpopowymi latami 80., którym wszczepiono rozrusznik pod postacią techno. Mieszanka wybuchowa, idealna na wieczorną, nielegalną imprezę w opuszczonej fabryce.
poniedziałek, 17 maja 2010
Faithless

Farenheit, 22 maja, godz. 22; Akademickie Radio Index 96fm i www.radio.uzetka.pl Faithless
Playlist:
Bluegrass - Faithless 00:03:45
God Is A DJ - Faithless 00:08:52
God Is A Beckham (The Bbc World Cup Theme) - Faithless 00:05:23
Insomnia - Faithless 00:09:34
I Want More Part 2 - Faithless 00:03:11
Lotus - Faithless 00:07:04
Miss You Less, See You More - Faithless 00:04:34
Mass Destruction - Faithless 00:04:44
Bombs - Faithless 00:04:31
No Roots - Faithless 00:05:24
Not Going Home - Faithless 00:07:31
One Step Too Far - Faithless 00:05:20
Thank You - Faithless 00:09:10
We Come One - Faithless 00:15:11
Insomnia (Benga Remix) - Faithless 00:04:18
Insomnia (Moody Mix) - Faithless 00:11:41
Salva Mea (Way Out West Remix) - Faithless 00:08:45
Flowerstand Man (Matty's Remix) - Faithless 00:04:58
Bring My Family Back (Paul Van Dyk Mix) - Faithless 00:08:55
poniedziałek, 10 maja 2010
UNKLE

Farenheit, 15 maja, godz. 22; Akademickie Radio Index 96fm i www.radio.uzetka.pl UNKLE
Playlist:
Awake The Unkind - UNKLE 00:04:29
Be There Feat. Ian Brown - UNKLE 00:05:14
Bloodstain Feat. Alice Temple - UNKLE 00:06:55
Chemistry - UNKLE 00:03:20
Eye For An Eye - UNKLE 00:06:44
Hold My Hand - UNKLE 00:05:57
I Need Something Stronger - UNKLE 00:04:09
In A State - UNKLE 00:07:54
Lonely Soul Feat. Richard Ashcroft - UNKLE 00:09:51
Nursery Rhyme / Breather Feat. Badly Drawn Boy - UNKLE 00:04:24
Panic Attack - UNKLE 00:05:11
Persons & Machinery Feat. Autolux - UNKLE 00:06:02
Rabbit In Your Headlights Feat. Thom Yorke - UNKLE 00:06:12
Unreal - UNKLE 00:05:06
False Flags (UNKLE Surrender Sounds Session Number 2) - Massive Attack 00:08:05
Glow (Hybrid Remix) - UNKLE 00:08:54
I'm Designer (UNKLE remix) - Queens of the Stone Age 00:06:10
Rabbit In Your Headlights (3D Mix Reverse Light Instrumental) - UNKLE 00:07:27
Without You I'm Nothing (UNKLE Remix) - Placebo 00:05:05
czwartek, 6 maja 2010
Scuba - Triangulation
Płyty szczególnie polecane przez Farenheit!
Mroczna strona miasta.
Wielu "znawców" tematu przewidywało już kilka lat temu, że dubstep podzieli losy swego wielkiego brata, drum and bass'u i zje własny ogon. twierdzili, że gatunek jest całkowicie wyeksploatowany i nie jest w stanie zaoferować nic odkrywczego.
Na nasze szczęście wciąż pojawiają sie młodzi i niepokorni producenci, którzy pragną zadac kłam tej opinii. Ich nowatorskie spojrzenie na muzykę utwierdza nas w przekonaniu, że to jeszcze nie koniec dubstepowej rewolucji. Jednym z takich "młokosów" jest Brytyjczyk Paul Rose, znany jako Scuba. kilka lat temu postanowił wyemigrować z Wysp to stolicy techno - Berlina. Lepiej trafić nie mógł. Już od samego początku swej kariery przejawiał olbrzymie zainteresowanie niemiecką "tanzen musik", a także powykręcanymi basowymi dźwiękami. Zderzenie tych dwóch bajek zaowocowało powstaniem jednego z najwspanialszych albumów tego roku!
W trakcie przesłuchiwania krążka "Triangulation" czułem się jakbym wędrował przez odmienne stany świadomości, unosił się daleko w czasoprzestrzeni i nie chciał wracać. Śmiało można stwierdzić, że Scuba odrobił wspaniale zadanie domowe z historii muzyki. Trzaski, szumy, szelesty i chirurgiczna precyzja charakterystyczna dla Buriala spotyka tu bajeczne odjazdy i dźwiękowe hipnozy w stylu Vangelisa. Wszystko to nasączone pulsującym basem działa niczym środek odurzający. Słuchając płyty śmiało można dotknąć dźwięków, stwierdzić, że mają kształty. Nasze ciało działa niczym gąbka pochłaniająca rozlaną na kuchennym blacie wodę.
Scuba z producenta zmienia się w lekarza-psychopatę, którego jedynym celem jest dorwać się do naszego mózgu by przeprowadzić szalone eksperymenty. Hipnotyzuje nas i usypia bez podawania narkozy, by następnie naciąć postawę czaszki przy akompaniamencie szaleńczego śmiechu. Uzależnia nas przy tym od stanu nieważkości i całkowitego wyzwolenia, a jedyne lekarstwo ukrywa pod postacią "Triangulation".
Sądziłem, że czas muzycznych arcydzieł skończył się wraz z rozwojem techniki. Od kiedy każdy mógł w domowym zaciszu, przy pomocy komputera stworzyć własne kompozycje nie będzie nam dane upaść na kolana przed jakąkolwiek płyta. Nie przeżyjemy dreszczu podniecenia i szczęki nasze nie opadną na ziemię tak nisko, że nie sposób będzie je podnieść "Mylić się jest rzeczą ludzką, trwać w błędzie - głupca". Cóż, jestem człowiekiem.
Mroczna strona miasta.
Wielu "znawców" tematu przewidywało już kilka lat temu, że dubstep podzieli losy swego wielkiego brata, drum and bass'u i zje własny ogon. twierdzili, że gatunek jest całkowicie wyeksploatowany i nie jest w stanie zaoferować nic odkrywczego.
Na nasze szczęście wciąż pojawiają sie młodzi i niepokorni producenci, którzy pragną zadac kłam tej opinii. Ich nowatorskie spojrzenie na muzykę utwierdza nas w przekonaniu, że to jeszcze nie koniec dubstepowej rewolucji. Jednym z takich "młokosów" jest Brytyjczyk Paul Rose, znany jako Scuba. kilka lat temu postanowił wyemigrować z Wysp to stolicy techno - Berlina. Lepiej trafić nie mógł. Już od samego początku swej kariery przejawiał olbrzymie zainteresowanie niemiecką "tanzen musik", a także powykręcanymi basowymi dźwiękami. Zderzenie tych dwóch bajek zaowocowało powstaniem jednego z najwspanialszych albumów tego roku!
W trakcie przesłuchiwania krążka "Triangulation" czułem się jakbym wędrował przez odmienne stany świadomości, unosił się daleko w czasoprzestrzeni i nie chciał wracać. Śmiało można stwierdzić, że Scuba odrobił wspaniale zadanie domowe z historii muzyki. Trzaski, szumy, szelesty i chirurgiczna precyzja charakterystyczna dla Buriala spotyka tu bajeczne odjazdy i dźwiękowe hipnozy w stylu Vangelisa. Wszystko to nasączone pulsującym basem działa niczym środek odurzający. Słuchając płyty śmiało można dotknąć dźwięków, stwierdzić, że mają kształty. Nasze ciało działa niczym gąbka pochłaniająca rozlaną na kuchennym blacie wodę.
Scuba z producenta zmienia się w lekarza-psychopatę, którego jedynym celem jest dorwać się do naszego mózgu by przeprowadzić szalone eksperymenty. Hipnotyzuje nas i usypia bez podawania narkozy, by następnie naciąć postawę czaszki przy akompaniamencie szaleńczego śmiechu. Uzależnia nas przy tym od stanu nieważkości i całkowitego wyzwolenia, a jedyne lekarstwo ukrywa pod postacią "Triangulation".
Sądziłem, że czas muzycznych arcydzieł skończył się wraz z rozwojem techniki. Od kiedy każdy mógł w domowym zaciszu, przy pomocy komputera stworzyć własne kompozycje nie będzie nam dane upaść na kolana przed jakąkolwiek płyta. Nie przeżyjemy dreszczu podniecenia i szczęki nasze nie opadną na ziemię tak nisko, że nie sposób będzie je podnieść "Mylić się jest rzeczą ludzką, trwać w błędzie - głupca". Cóż, jestem człowiekiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)